| << | Luty 2010 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |
| 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
Księga gości
| O mnie |
 |
| 1969roxi |
41 ,
Kraków |
| Słówko o mnie |
| Wciąż odkrywam nowe światy co dzień coraz bardziej zadziwiona otaczającą rzeczywistością.
gg 5516580 |
| Zobacz mój profil |
|
| Statystyki |
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
6208
|
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
722
|
|
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
14
|
|

Mój zwierzyniec osobisty


PIEGUS


TUŚKA
TRULEK






|
|
|
poniedziałek, 30 marzec 2009, 09:32
Czarna dziura
|
Tak właśnie przeglądałam swoje dawne, stare notki. Trafiłam na notkę z listopada, kiedy to już, już miałam dostać nową pracę. Jak to się wszystko praktycznie z dnia na dzień może zmienić i odwrócić.
Już 6 miesięcy szukam pracy. Wszyscy mówili, znajdziesz bez problemu, z twoim doświadczeniem, stażem pracy, wykształcenieb, ble,ble,ble...
Otóz wielka kicha. W moim zawodzie mnie nie chcą, bo teraz wszyscy młodzi znają angielski i jeszcze jakieś inne języki a ja tylko rosyjski, i nic nie szkodzi, że biegle i język biznesowy, to może wystarczy jako drugi język do angielskiego a ja go nie znam, i nic tu nie pomoże żadne doświadczenie, bo wolą sobie młodego "wychować" niż wziąść starego, bez języka i jak to nazywają, "zasiedziałego", z pewnymi nawykami po tylu latach pracy. Być może młodym łatwiej sterować, łatwiej go zmusić do różnych rzeczy, nie wiem. Do końca studiów zostały mi 3 najtrudniejsze miesiące, praca i jej obrona i dopiero potem mogę się zabrać za jakąś naukę języka, ale to potrwa myślę, że minimum ze 2 lata, tak żeby mieć jakieś pojęcie, a i wtedy jakie mam szanse naprzeciw młodych, którzy się tego uczą od dziecka? A do języków zawsze tępa byłam?
W innych zawodach mnie nie chcą, bo nie mam w tym doświadczenia, i kółko się zamyka.
Jeszcze biorę jakieś pieniądze ze starej pracy, ale już praktycznie nie ma wiele do roboty, wolała bym brać za coś a nie za to, że tylko jestem w pracy, a poza tym jeszcze miesiąc, może dwa i co dalej.
Moje dziewczyny też obie nie mają pracy, wszystkie trzy na razie wisimy na Misiaczku, a gdyby niedaj Boże zachorował, coś się stało????
Do okoła powoli robi się wiosna, a w sercu czarna dziura.
Od kilku miesięcy mam nieustającą, ciągle narastającą chandrę, i dla tego tak rzadko tu zaglądam.
|
|
Komentarzy:
13
|
|
poniedziałek, 02 marzec 2009, 08:40
Zawsze jest nadzieja.........
|
Zapach deszczu (tłumaczenie Katarzyna Pawłowska)
Na końcu tej historii masz do wyboru dwie opcje. Myślę, że się domyślisz którą ja wybrałam.
Zimny marcowy wiatr tańczył w za oknem szpitala w Dallas kiedy lekarz wszedł do małego pokoju w którym leżała Diana Blessing która była wciąż wykończona po operacji.
Jej mąż, David, trzymał jej rękę kiedy drżeli w oczekiwaniu na wiadomości. Tamtego popołudnia 10 marca 1991 roku, komplikacje zmusiły Dianę, która była dopiero w 24 tygodniu ciąży, do cesarskiego ciecia które miało sprowadzić na świat córeczkę pary, Danę Lu Blessing.
Rodzice mieli świadomość, że mierząca 30 i pół centymetra i ważąca 708 gram córeczka urodziła się niebezpiecznie wcześnie, jednak słowa lekarza nadal wydawały się być raniącymi ich bombami.
"Nie wydaje mi się żeby były szanse na jej przeżycie," powiedział tak delikatnie jak mógł.
"Jest tylko 10 procent szans, że przetrwa tą noc, a nawet wtedy, jeśli jakimś cudem przetrwa, jej przyszłość może być bardzo okrutna"
Sparaliżowani niedowierzaniem David i Diana słuchali lekarza który opisywał problemy jakim Dana musiałaby stawić czoła gdyby przeżyła.
Nigdy nie byłaby w stanie chodzić, mówić, prawdopodobnie byłaby niewidoma i podatna na inne urazy tj. porażenie mózgowe, całkowity niedorozwój mózgowy i wiele innych.
Wszystko co mogła wyksztusić Diana to zaprzeczenie.
Ona i mąż David wraz z ich 5-letnim synem Dustinem długo marzyli, że pewnego dnia Dana stanie się cześcia ich rodziny.
Teraz, w ciągu kilku godzin ich marzenie oddalało się coraz bardziej.
Jednak z biegiem dni nowe troski spadały na barki Diany i Davida. Okazało się, że system nerwowy Dany jest niedojrzały i najdelikatniejszy pocałunek lub pieszczota mogły tylko przyczynić się do jej cierpienia, więc rodzice nie mogli nawet kołysać ich malutkiej dziewczynki przy piersi i wspomagać jej siłą ich miłości.
Wszystko co mogli robić, kiedy Dana w plątaninie rurek i przewodów walczyła o życie pod ultrafioletowym światłem, było modlić się aby Bóg był blisko ich drogocennej maleńkiej córeczki.
Nie przydarzały się chwile kiedy Dana nagle rosła w siłę.
Ale kiedy mijały tygodnie, przybywały kolejne gramy i znikome ilości sił.
W końcu kiedy Dana miała 2 miesiące jej rodzice mogli ją wziąć w ramiona po raz pierwszy.
A dwa miesiące później, chociaż lekarze nadal delikatnie acz nieustępliwie ostrzegali że to tylko szansa na przetrwanie a nie na normalne życie, Dana wyszła ze szpitala i rodzice, tak jak od początku tego pragnęli, zabrali ją do domu.
Pięć lat później, Dana była drobną acz zaczepną małą dziewczynką z lśniącymi szarymi oczami i nienasycona chęcią życia.
Nie okazywała żadnych oznak psychicznego czy fizycznego osłabienia. Była po prostu wszystkim czym może być mała dziewczynka… i więcej .Jednak to jeszcze nie jest koniec jej historii.
One gorącego popołudnia lata 1996 roku Dana siedziała na kolanach mamy w parku niedaleko domu (Irving, Texas) gdzie jej brat Dustin trenował ze swoja drużyną piłkarską.
Jak zawsze Dana szczebiotała do swojej mamy mars kilku innych dorosłych kiedy nagle ucichła. Przytulając ramiona do siebie mała Dna zapytała "Czujecie to?"
Diana wyczuwając w powietrzu nadchodzącą burze odpowiedziała "Tak pachnie jak nadchodzący deszcz."
Dana zamknęła oczy i spytała jeszcze raz, "Czujesz to?"
Jeszcze raz jej mama odpowiedziała, "Chyba zaraz będziemy mokre, pachnie deszczem."
Nadal zauroczona chwilą Dana potrząsnęła głową, pogłaskała ramiona swoimi malutkimi rączkami i głośno oznajmiła,
"Nie, pachnie jak ON.
Pachnie jak Bóg kiedy kładziesz głowę na jego piersi."
Łzy zaszkliły się w oczach Diany kiedy Dana radośnie zeskoczyła z ławki by bawić się z innymi dziećmi.
Słowa jej córki potwierdziły to co do czego Diana i jej najbliżsi nie mieli wątpliwości, przynajmniej głęboko w sercach, od początku.
Podczas tych długich dni i nocy swoich pierwszych dwóch miesięcy, kiedy jej nerwy były zbyt delikatne aby jej dotykać, Danę Bóg przytulał do swojej piersi i to Jego zapach przesycony miłością Dana pamięta tak dobrze.
Teraz masz wybór. Możesz przesłać tą historię dalej i sprawić że ktoś będzie miał takie dreszcze jak ty w czasie czytania albo możesz wykasować tą wiadomość i zachowywać się tak jakby ta historia nie poruszyła twojego serca tak jak poruszyła moje.
TWÓJ WYBÓR!
"Jestem zdolny do wielu rzeczy bo ON daje mi siłę"
Tego ranka kiedy Bóg otworzył okno do nieba zobaczył mnie i zapytał: „ Moje dziecko czego pragniesz dzisiaj najbardziej?" Odpowiedziałem:
"Boże proszę zaopiekuj się osobą która przeczyta tą wiadomość, jej rodziną i przyjaciółmi. Zasługują na to i bardzo ich kocham".
Miłość Boga jest jak ocean, widzisz jego początek ale nie jesteś w stanie dostrzec końca.
________________________
Ta wiadomość działa w dniu kiedy ja dostaniesz. Pomóż nam sprawdzić czy to prawda. _____________
ANIOŁY ISTNIEJĄ! Tylko czasami nie mają skrzydeł i nazywamy ich przyjaciółmi.
Prześlij tą wiadomość do swoich prawdziwych przyjaciół. Coś dobrego przydarzy ci się o 11 rano; coś na usłyszenie czego długo czekałeś.
To nie jest żart; ktoś zadzwoni do ciebie albo porozmawia z tobą o czymś co już dawno chciałeś usłyszeć.
Nie przerywaj tej modlitwy. Wyślij ją do przynajmniej 5 osób.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
poniedziałek, 19 styczeń 2009, 17:31
podobno chińskie przysłowie
|
ZA PIENIĄDZE MOŻESZ
DOM KUPIĆ,
ALE NIE CIEPŁO DOMOWE.
ZA PIENIĄDZE MOŻESZ
KUPIĆ ZEGAR,
ALE NIE CZAS.
ZA PIENIĄDZE MOŻESZ
KUPIĆ ŁÓŻKO,
ALE NIE SEN.
ZA PIENIĄDZE MOŻESZ
KUPIĆ KSIĄŻKĘ,
ALE NIE WIEDZĘ.
ZA PIENIĄDZE MOŻESZ
KUPIĆ LEKARZA,
ALE NIE ZDROWIE.
ZA PIENIĄDZE MOŻESZ
KUPIĆ POZYCJĘ,
ALE NIE SZACUNEK.
ZA PIENIĄDZE MOŻESZ
KREW KUPIĆ,
ALE NIE ŻYCIE.
ZA PIENIĄDZE MOŻESZ
KUPIĆ SEX,
ALE NIE MIŁOŚĆ.
|
|
Komentarzy:
14
|
|
poniedziałek, 22 grudzień 2008, 08:46
Święta
|
Wszystkim moim Przyjaciołom z wirtualnego świata, i tym innym też, składam najserdeczniejsze życzenia zdrowia, szczęścia i pomyślności w nadchodzącym Nowym Roku (niech będzie lepszy niż ten, który mija), oraz zdrowych, pogodnych świąt w rodzinnym gronie, błyszczącej choinki, wesołego karpia i mnóstwo szczęścia i radości.
No i oczywiście szampańskiego Sylwestra!!!
|
|
Komentarzy:
12
|
|
piątek, 19 grudzień 2008, 09:20
Protest
|
Składam oficjalny protest przeciwko ohasłowaniu Dośki - smoczycy.
Oświadczam, że się oflaguję, przypnę łańcuchem do drzewa i nie odpuszczę, aż do skutku.
Zawiedziona, zasmucona i lekko wkurzona ROXI!
|
|
Komentarzy:
3
|
|
wtorek, 16 grudzień 2008, 08:23
KICHA
|
Dostałam odpowiedź z pracy ,tej nowej co to "tak dobrze żarło". Otóż zdechło. Nic z tego nie będzie. Szefowie postanowili odmłodzić zespół a ja się niestety do młodych lasek nie kwalifikuję. No i cóż. Rozesłałam chyba z 80 maili w różne dziwne strony i miejsca, na dobrą sprawę to już sama nie wiem, gdzie ja je powysyłałam. Część się nie odzywa wcale, część się odzywa, umawia na rozmowy, więc latam po całym Krakowie jak z piórem (nie przymierzając) no i co? Ano kicha narazie. żadnych konkretów, dziękujemy, oddzwonimy itd.....
A tu święta za pasem, a, i zaliczeń od czorta, w ten weekend 3. Ożesz cur...wa nać..............
|
|
Komentarzy:
4
|
|
wtorek, 02 grudzień 2008, 09:30
Zdrada
|
Poczyniwszy ostatnio pewne obserwacje w moim bliższym i dalszym otoczeniu, zebrało mi się na rozważania.
1. Młody chłopak w okolicach 30-ki, od kilku lat podobno szczęśliwie żonaty (a przynajmniej tak to wygląda), małe dziecko. Pewny siebie, dobrze zarabiający.Wydaje się, że ma wszystko, spokojny dom, dobrą pracę, kochającą rodzinę. Chętnie nawiązuje różne kontakty w pracy i poza nią. Chętnie wyjeżdża na wszystkie możliwe szkolenia firmowe. Uprawia regularne "skoki w bok" bez tzw. zobowiązań. Traktuje to jak sport, relax, cholera wie co jeszcze. Żona coś tam podejrzewa, ale on konsekwentnie zaprzecza wszystkiemu. Nie widzi w tym nic złego.
2. Dojrzała kobieta po 40-ce. Od 20 lat mężatka, dorosłe dzieci, życie też ustabilizowane. Pozornie szczęśliwe małżeństwo. Zawsze bardzo oddana rodzinie, nigdy nawet nie przyszło jej do głowy pragnienie zdrady. Ni z tą dni z owąd uskutecznia "skok w bok". Bez zastanowienia ryzykuje utratę rodziny dla przygody, w której nie padają nawet żadne nazwiska. I co ciekawe, jej się to podoba. Oczywiście udaje, że nic się nie stało, ale myśli o swoim przypadkowym kochanku. Całkiem poprostu chciałaby jeszcze lecz kontakt się już urwał.Gdyby to było możliwe, brnęłaby dalej bez zastanowienia.
Nie mogę ni jak zrozumieć konstrukcji zdrady. Niby jedno małe słowo, a tak wiele się w nim mieści. Od nieszczerości przez utratę zaufania do poczucia krzywdy. Od zdrady mentalnej przez zdradę fizyczną do zdrady kompletnej pod względem uczuć, fizyczności i przekonań.
Co jest powodem, że zdradzamy? Co sprawia, że w ogóle przychodzi nam to do głowy, a czasem nawet nie przychodzi tylko poprostu się dzieje? Co zgubiliśmy gdzieś po drodze w naszych związkach a może czego w nich zawsze brakowało? Jak to możliwe, że ludzie podobno sobie bliscy mogą oszukiwać się nawzajem patrząc sobie prosto w oczy i nie widzą w tym nic złego? Po jaką cholerę brną w to nadal jeżeli zależy im na rodzinie i po jaką cholerę tkwią w swych starych związkach, jeśli nic ich tam nie trzyma? Jak można ryzykować utratę bliskich sobie osób dla przypadkowego związku?
Pomóżcie mi zrozumieć, bo ni cholery nie potrafię.
|
|
Komentarzy:
13
|
|
piątek, 28 listopad 2008, 09:17
A teraz śmiertelnie poważnie
|
Historia pewnego znajomego (mojego)
Był sobie człowiek. Żył sobie uczciwie i spokojnie. Całe życie przepracował w służbie zdrowia.
Wiosną tego roku zachorował. Zaczęło się od kłopotów z chodzeniem. Żaden lekarz początkowo nie wiedział co mu jest a gościowi nogi puchły tak, że nie mógł chodzić. Leczyli go na krążenie bez skutku, aż całkiem się położył. Zabrano go do szpitala i w końcu ktoś mądrzejszy od innych zlecił mu bardziej szczegółowe badania. Znaleźli guz w nerce. Przez okres nietrafionego leczenia guz rozrósł się na tyle, że uciskał naczynia doprowadzające krew do nóg i stąd kłopoty z chodzeniem. Umiejscowił się w splocie naczyń krwionośnych tak, że trudno było go operować. Lekarze orzekli, że za duże ryzyko mimo, że gość prosił i błagał o operację bez względu na jej wynik. Godził się na każde ryzyko twierdząc, że woli umrzeć w trakcie operacji niż umierać długo i powoli. Nie zgodzili się a guz rósł dalej. Dali mu jakąś chemię, która go kompletnie wykończyła, w dodatku była nie trafiona, w czasie jej podawania guz podwoił swoją wielkość. Syn poruszył niebo i ziemię żeby się dostać do jakiegoś specjalisty od takich przypadków w Warszawie. Pojechali i specjalista orzekł, że jest jakiś eksperymentalny lek, który pomaga na takie przypadki, podał jego nazwę i kazał lekarzowi prowadzącemu skontaktować się w sprawie jego dostania i refundacji (podobno drogi więc trudno dostępny) gdyż specjalista prowadzi jakieś badania nad tym lekiem i jest szansa, że może dostać w ramach badań. Lekarz prowadzący odmówił twierdząc, że w tym wieku nie ma sensu się ubiegać o tak drogi lek bo i tak nie zrefundują. A tym czasem stan pacjenta się pogorszył. Właściwie teraz przestali go już leczyć twierdząc, że nic się nie da zrobić. Odebrali mu jakąkolwiek nadzieję. Stało się więc to, czego tak bardzo się obawiał. Kazano mu w potwornym bólu czekać na śmierć. No i tak czeka, raz jest lepiej, raz gorzej. Gdy było bardzo źle, miał bardzo złe wyniki badań, mega anemię itd. podano mu krew. Na prawie 2 miesiące gość odzyskał siły, poczuł się na tyle dobrze że zaczął chodzić, odzyskał chęć życia. Niestety teraz przyszło kolejne załamanie, stan znów się pogarsza a kolejnych przetoczeń już nie chcą mu robić. Przecież i tak nie warto w tym wieku. Wprawdzie nikt tego głośno nie powie ale można to wyczytać z ich twarzy. A on tak bardzo chce żyć. Jego największym marzeniem jest wyjść jeszcze kolejnej wiosny na działkę i zobaczyć jak kwitną jego ukochane kwiaty.
Obiecano mu jednak, że jeśli ktoś odda krew ze wskazaniem, że to dla niego, wtedy będą mogli mu ją przetoczyć. Wprawdzie choroby to już nie wyleczy i koniec przyjdzie czy tak, czy tak, rzecz w tym kiedy i jak bardzo się będzie męczył.
Nie możemy patrzeć jak postąpiła z nim ta "służba zdrowia" której poświęcił życie. Właśnie wczoraj został znów przyjęsty do szpitala na przetoczenie ale przyznano mu tylko 2 jednostki krwi a to o wiele za mało żeby dało jakiś efekt.
W związku z tym mam do Was wszystkich serdeczną prośbę. Jeśli ktoś może i chce oddać krew dla niego to była bym bardzo wdzięczna. Życia mu to już nie uratuje, ale może pomoże jakoś łatwiej dotrwać do końca, a może zdarzy się cud???
Do zaświadczenia o oddaniu krwi trzeba podać następujące dane:
STANISŁAW WOŹNIAK
30-393 KRAKÓW
UL.BABIŃSKIEGO 23D/7
PESEL 41083105192
Zaświadczenie następnie trzeba wysłać na jego adres.
Jeśli nie jest Wam obojętny los drugiego człowieka, proszę pomóżcie.
Grupa krwi podobno nie ma znaczenia ponieważ w zamian za ilość krwi z zaświadczeń dostanie taką jaka jest mu potrzebna.
|
|
Komentarzy:
3
|
|
piątek, 28 listopad 2008, 07:50
Odtajałam
|
Oświadczam wszem i wobec, że niniejszym odtajałam, kończyny wszelakie szybciej się poruszają, myśli szybciej krążą itd.
A tak na serio to odebrałam wczoraj mojego srebrnego szerszenia.
Pan blacharzomechanik sprawił się pięknie w jedyne 3 dni. Nie powiem ile zainkasował bo to na szczęście w tym przypadku to problem firmy ubezpieczeniowej, ale gdybym miała syna to na blacharza bym go ..... prawda. A gdyby nie odszkodowanie to bym chyba rozwalonym jeździła i to dłuuuugo:)

Dzięki temu na uczelnię dzisiaj zadaję wygodnie i nie będę się tłukła po nocy później busami i innymi takimi, w związku z tym banan mi na pysku rozkwitł od samego rana i oby tam został do wieczora. Tym bardziej że dla Misia urodzinowe co nieco muszę dziś zorganizować bo miesiąc temu na imieninki dałyśmy plamę wszystkie trzy i z dziewczynami zapomniałyśmy kompletnie. Trochę nas tłumaczy, że dużo się działo, z tą moją pracą itd. ale tak naprawdę to żadne wytłumaczenie. Wielka plama i tyle.

A tak co do pracy to trochę się zaczynam denerwować bo od czasu mojej rozmowy nie dzwonią. Wprawdzie mieli dać znać do 2 tygodni a rozmowa była 19-go ale niepokój jakiś już mi się tam po łepetynie tłucze.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
poniedziałek, 24 listopad 2008, 08:09
Czarny scenariusz:)
|
Z powodu wyższej konieczności, czyli że na godz. 8-mą tzn. w godzinie szczytu do mojej obecnej (jeszcze) pracy nie da się dojechać z jednego końca miasta na drugi, ostatnimi czasy w porozumieniu z szefostwem zmieniono mi godziny pracy od 7-mej. Wstaję sobie zatem ostatnio gdzieś koło 5-tej i sama się sobie dziwię, toż to środek nocy!!! Przejeżdżam sobie przez całe miasto jeszcze przed korkami, spokojnie, dookoła ciemno, ruch niewielki, gdzieniegdzie przemykają zgarbione ludzkie cienie, zimno jak diabli, śniegu wszędzie pełno. I tak sobie jadę, cieplutko mi w samochodze i nagle sobie uświadomiłam, że jutro sama będę takim przemykającym cieniem na śniegu. Brrrrrrr, dziś po południu odstawiam mój biedny rozbity samochodzik do naprawy. Niby nic wielkiego, trochę pogiętej blachy z tyłu ale fachowcy od blach i takich tam orzekli, że potrwa 4 dni, 4 QRNA DNI!!!!! Czy Wy wiecie co można za 4 dni zrobić? kulę ziemską 2 razy oblecieć, pół świata przejechać, pracy przewalić niesamowite ilości itp. itd. A tu przyjdzie mi dymać przez 4 dłuuuugie zimowe dni, nawet nie komunikacją miejską, bo takowa bezpośrednio ode mnie nie jeździ i muszę się 100 tysięcy razy przesiadać, co kosztuje nie powiem Wam ile, bo nie chcę tracić humoru z rana. Przyjdzie mi jeździć małymi, ciasnymi, śmierdzącymi busami z których przynajmniej co drugi się nie zatrzymuje olewając wszystko i wszystkich po drodze a część zmienia sobie trasę po drodze (bo na codziennej trasie są np. korki) i jeździ jakimiś cholernymi objazdami, i nic to, że taki objazd jest np. 100 km. od mojego docelowego przystanku "pani sobie dojdzie" qrna i po sprawie. I będę tam stać i stać i stać wywieziona na jakiś zawiany śniegiem wygwizdów, aż zamarznę i mnie zasypie. Jeśli więc jadąc rano do pracy, gdzieś po drodze na jakimś dawno zapomnianym przystanku zobaczycie śniegowego bałwana, to będę ja, Wasza Kaśka, dajcie więc znać odpowiednim władzom żeby mnie odmrozili zanim wiosenne słoneczko zrobi swoje.
I tym optymistycznym akcentem kończę relację z zasypanego śniegiem po brzegi Krakowa. Pozdrawiam wszystkich serdecznie, odezwę się jak mnie już odmrożą:):):)
|
|
Komentarzy:
8
|
|

POTRZEBNA KREW ZE WSKAZANIEM DLA;
STANISŁAW WOŹNIAK
30-393 KRAKÓW
UL.BABIŃSKIEGO 23D/7
PESEL 41083105192
Wszystkim którzy pomogą gorąco dziękuję za dar życia
PIEGUS - GALERIA
KOTUSIŃSKA - GALERIA





|